• Wpisów:8
  • Średnio co: 175 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 17:49
  • Licznik odwiedzin:5 411 / 1577 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Zważywszy na wszelkie pingerowe awarie jakie miały miejsce ostatnimi czasy, i fakt, że od dwóch dni nie mogę dodać zdjęć do wpisu, postanowiłam raz na zawsze zakończyć 'współpracę' z tym serwisem...

Zainteresowanych moimi nowymi wpisami zapraszam na http://kreatywnawsrodlalekiskarbowzlamusa.blogspot.com

Przy czym zaznaczam, że przeprowadzka nie oznacza, że nie będę już zaglądać na pingerowe blogi, które dotychczas odwiedzałam :)
 

 
Fotel wraz z innymi meblami, jakie tato przywiózł z rodzinnych stron należał jeszcze do moich pradziadków, potem długie lata służył dziadkom, aż wreszcie trafił do nas... Jak na stuletnią rzecz przystało, z biegiem czasu stracił swój dawny blask, przy czym muszę zaznaczyć, że w dużej mierze pomogli mu w tym... dziadzio Bronek do spółki z moim tatą, i to właśnie im uroczyście przyznaję 'zaszczytny' tytuł 'miszczów renowacji' dzisiejszego wpisu..


Wykonany z dębowego drewna mebel pierwotnie miał jasny, naturalny kolor, który najwyraźniej nie przypadł do gustu naszym 'miszczom'... więc postanowili go przyciemnić.. a że swe działania podjęli w czasach głębokiego PRLu, kiedy to na sklepowych półkach stał tylko ocet.. nie bardzo mieli czym i jak się do tego zabrać.. więc wpadli na pomysł wysmarowania fotela... (o zgrozo!!!).. przepalonym pokostem...w efekcie czego zamiast substytutu politury uzyskali lepką brunatną warstwę czegoś co w zastraszającym tempie obrastało kurzem...


Na domiar złego dziadek z podłokietnika zrobił sobie podręczny 'warsztat', czym okropnie go zniszczył...
Fotel stał w naszym domu odkąd sięgam pamięcią.. Pierwotnie siedzisko wykonane było z grubej sztywnej skóry, która z biegiem czasu zdążyła się podrzeć i wygnieść, więc tato zastąpił ją...kawałkiem tandetnej rudawej dermy... Pokostowa 'politura' z biegiem czasu zdążyła się miejscami powycierać, co nadało mebelkowi wręcz upiornego wyglądu... dlatego traktowany był nieco po 'macoszemu' i wciskany pod biurko, gdzie nie rzucał się w oczy...
W końcu podjęłam 'męską decyzję', zakasałam rękawy i mówiąc sobie 'ryzyk-fizyk' postanowiłam wreszcie odnowić fotel przyciemniając go (z konieczności) jak to tato przed laty chciał zrobić.. z tą różnicą, ze tym razem.. fachowo ;)

Ale co łatwo powiedzieć dużo trudniej zrobić.. bo żeby zabrać się za jakiekolwiek prace naprawcze, najpierw musiałam chemicznie doczyścić pozostałości pokostu, następnie zeszlifować papierem ściernym wierzchnią warstwę drewna, wszystko dokładnie odtłuścić i oczyścić..


Na powyższym zestawieniu zdjęć widać poszczególne etapy doprowadzania fotela do ładu.. czyli po oczyszczeniu z pokostu i zeszlifowaniu, oraz w trakcie nakładania koloru..Oglądając zdjęcia ciężko wydedukować jak bardzo cała renowacja rozciągnęła się w czasie.. ale prawda jest taka, że wielu etapów w żaden sposób nie da się przyspieszyć.. samo oczyszczanie zajęło kilka dni, a co dopiero mówić o reszcie.. dlatego gdy cały mozolny proces renowacji dobiegł końca, a mebel został wniesiony na swoje miejsce do salonu, gdzie nie było już potrzeby wciskania go pod biurko.. tato obejrzał go 'fachowym okiem' i.. wyraził swe uznanie, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo od początku do mojego pomysłu odnowy fotela podchodził bardzo sceptycznie ;)

Na koniec tradycyjnie za pośrednictwem blogowej 'maskotki' prezentuję efekt końcowy moich wielodniowych zmagań ;)




Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 
Gotyckie stylizacje lalek są niemal wszechobecne, więc i ja kilka lat temu postanowiłam z jednej z masowych chińskich porcelanek zrobić sobie mhroczną goth girl :) Morgana, bo tak ją nazwałam, zyskała wówczas niemal natychmiast sympatię czytelników mojego poprzedniego bloga i zyskała status jednej z moich ulubienic. Mijały lata, a Morgana 'mieszkała' sobie na półce do kompletu z inną lalką w czerni...


Jako, że zawsze ceniłam sobie wszystkie konstruktywne uwagi koleżanek, szukałam w sieci bardziej ambitnych wykrojów, a i od czasu projektowania kreacji Morgany niejedną lalkową sukienkę uszyłam, moje umiejętności krawieckie (i nie tylko) 'wskoczyły' na nieco wyższy poziom.. Zaczął mi więc chodzić po głowie pomysł drugiego podejścia do gotyckiej stylizascji... jednak tym razem nie chciałam użyć topornej chińskiej masówki, bo te nie dają zbyt wielkich możliwości...rozpoczęłam więc poszukiwania odpowiedniej kandydatki..
Trochę to trwało, ale w końcu zupełnym przypadkiem na naszym rodzimym portalu aukcyjnym natrafiłam na pewną mocno zniszczoną lalę, która za sprawą swych przebarwionych od słońca na piękny czerwony kolor oczu była wprost wymarzonym materiałem na mojego OOAKa...


Powyższe zestawienie zdjęć pokazuje jak rzeczona lalka powinna wyglądać w oryginale, a jak wyglądała ta którą nabyłam.. Nawiasem pisząc, sukienkę udało się uratować i posłuży jako podstawa do innego lalkowego projektu jaki wciąż czeka na realizację :)

Kiedy miałam już lalkę, mogłam zabrać się za projektowanie jej nowego wizerunku... i tak począwszy od wstępnego szkicu sukni, poprzez robienie wykrojów, precyzyjne, ręczne zszywanie wszystkich elementów garderoby,na częściowym repaincie i reanimacji skołtunionej peruki kończąc, przez kilka tygodni pracowałam nad moją Goth Lady number 2...
żeby nie być gołosłowną poniżej zamieszczam kilka zdjęć samego ubranka, którego uszycie było szalenie czasochłonne..




Zanim przystąpię do prezentacji efektu końcowego moich zmagań z igłą, napiszę jeszcze że Morgana znalazła już nowy dom i wkrótce się przeprowadzi ustępując miejsca omawianej dziś lalce ;)






Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (16) ›
 

 
Przy okazji prezentowania odnowionego albumu zachęcałam wszystkich do zabawienia się w 'strychowych poszukiwaczy skarbów'..nie bez kozery o tym przypominam.. Otóż początkiem maja w jednym z przechowywanych na strychu kartonów przywiezionych ze starego mieszkania babci udało mi się wyszperać przedwojenny, poniemiecki organizer na dokumenty do pary z równie leciwym notesem na adresy..






Niestety .. stan obu strychowych 'wykopalisk' był iście opłakany... Przed laty śp. dziadzio z notesu raczył zrobić sobie brudnopis.. Natomiast organizer służył babci jako teczka na rachunki i inne tym podobne szpargały... nic więc dziwnego że z biegiem czasu wszystko zdążyło się zniszczyć, podrzeć i pozaginać... Na domiar złego babunia- 'renowator-amator' (o zgrozo!!), nie dość, że 'ozdobiła' tytułową stronę różnokolorowymi zapiskami, to jeszcze podjęła próbę 'ratowania' organizera najpierw klejąc go plastrem, a następnie przebijając na wylot i związując sznurowadłem...

Oj miałam ja z tym 'twardy orzech do zgryzienia', ponieważ usuwanie babcinych ingerencji było dużo bardziej skomplikowane niż sama reperacja.. W końcu po wielu trudach udało mi się rozebrać organizer na części pierwsze, usunąć klej po plastrach (co wcale nie było łatwe), odnowić bardzo zniszczone poszczególne strony-koperty, załatać dziury, odnowić okładkę i złożyć wszystko do kupy jak należy.. Niestety.. pozostał problem popisanego bez ładu i składu odwrotu okładki...Mimo usilnych starań nie udało mi się w żaden sposób wywabić z papieru śladów długopisu i flamastrów..Wpadłam wiec na pomysł zeskanowania zapisanej strony, oczyszczenia jej w programie graficznym, wydrukowania, i tymże wydrukiem zaklejenia tego co babcia zapisała.. ale co łatwo powiedzieć, dużo trudniej zrobić... Problemem okazał się papier...Zwykła kartka z drukarki nie wchodziła w grę.. zbyt nowa, zbyt biała i zbyt gładka... potrzebowałam autentycznie starego papieru..udało mi się to połowicznie.. cóż.. organizer jest przedwojenny, papier, który wyszperałam może mieć jakieś 30, w porywach do 40 lat.. i nie jest idealnie dopasowany.. ale na pewno wygląda to dużo lepiej niż gdybym użyła współczesnej kartki :)
Tak wiec mogłam uznać reperację pierwszego ze znalezisk za zakończoną :)





Z notesem też wcale nie było łatwo.. na niektórych stronach znalazłam bardzo stare, pisane atramentem poniemieckie zapiski.. postanowiłam je więc zostawić.. natomiast wszystkich dziadkowych notatek(pisanych głównie na zielono)trzeba było się pozbyć.. Tam gdzie dziadzio wspaniałomyślnie użył kredki czy ołówka zdołałam doczyścić kartki.. natomiast długopis i flamastry żadną siłą się wywabić nie dały.. więc trzeba było zapisane kartki usunąć .. przy czym zaznaczam, ze zwykłe ich wyrwanie nie wchodziło w grę.. nie chciałam przecież naruszyć 'konstrukcji' notesu.. wiec pozostało ich mozolne wycinanie i podklejanie od grzbietowej strony.. Na koniec zostało mi odnowienie zniszczonej okładki i.. po latach strychowej poniewierki notes wrócił 'na salony' ;)



Nie jest żadną tajemnicą, że bujający w obłokach bałaganiarze nie najlepiej radzą sobie z niemieckim porządkiem i rachunkami, więc.. moja blogowa 'maskotka' nie jest tu chyba odosobnionym przypadkiem..cóż.. mam nauczkę.. następnym razem chyba sama uporządkuję dokumenty.. :D

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Z lalką o jakiej będzie dziś mowa zetknęła się na pewno większość miłośników porcelanek.. to dość popularny, produkowany w latach 70-80 model bardzo często pojawiający się na wszelkich portalach aukcyjnych w najrozmaitszych odsłonach.. W oryginale omawiana lalka występowała w wielu wariantach niezbyt gustownych sukienek.. poniżej zamieszczam znalezione w sieci, poglądowe zdjęcia przykładowych fabrycznych wersji bohaterki dzisiejszego wpisu..


Oryginalne stylizacje to jedno.. ale.. do nich dochodzą też najrozmaitsze, mniej lub bardziej upiorne 'wizje' domorosłych lalkowych stylistów.. to też taką lalkę bardzo często spotkać można w dalekich od ideału 'kreacjach' własnej produkcji, tudzież w niemowlęcych ubrankach.. Jeśli mnie pamięć nie myli gdzieś widziałam taką lalę ubraną nawet w... różową dresową bluzę z Myszką Miki :D

Jako że jest to dość pospolity model porcelanki, przed laty udało mi się już raz wejść w jej posiadanie.. Dla przypomnienia poniżej dodaję zestawienie fotki z cyklu 'before' z aktualnym wyglądem lali.. (ci, którzy podejrzewają pannę o kradzież odzienia wierzchniego jednej z seryjnych 'alberonek' nie do końca mają rację..Olivia oddała koleżance płaszcz i kapelusz dobrowolnie.. dlaczego?.. o tym będzie w swoim czasie ;))


Tyle słowem wstępu.. czas najwyższy przejść do właściwej bohaterki dzisiejszego wpisu... Otóż Danuśka zawitała w moje skromne progi przed dwoma laty, jako brudny, uszkodzony i (czego nie widać na zapożyczonym z aukcji zdjęciu) mocno wyłysiały kocmołuch..


Była świadomie wybranym prezentem.. a jeśli kogoś dziwi czemu zamiast ładnej nowej lali chciałam akurat ją już tłumaczę; czasem lalki których nikt inny już nie chce po prostu mają w sobie coś co sprawia, ze chcę dać im szansę ;)

Przyjechała do mnie w fabrycznym, mocno zniszczonym ubranku, z uszkodzoną nóżką, podartym korpusem i bardzo przerzedzoną peruką, więc bezzwłocznie została rozebrana na czynniki pierwsze, solidnie wyczyszczona i zreperowana.. konieczne było uszycie nowej peruki, kompletu garderoby i obuwia.. więc pracy miałam z nią na kilka tygodni.. ale doczekała się w końcu swojej kolejki i dziś siedzi w towarzystwie swojej mieszkającej u mnie od dawna 'przyrodniej siostry', nikogo nie strasząc już swoim wyglądem :)


Te laleczki są bardzo wdzięczne i ze względu na swoje nieco nostalgiczne twarze idealnie nadają się do stylizacji retro.. dlatego i dla Danuśki przygotowałam kreację nawiązującą trochę do minionych lat, w skład której wchodzą płócienna bielizna, uszyta z granatowego aksamitu, satyny i organtyny wielowarstwowa sukienka, haftowany przed laty przez moja mamę kołnierzyk i pasujące do stroju, ręcznie robione granatowe lakierowane buciki. Nieco podmalowałam też wyblakłą od słońca malaturę, a perukę upięłam w dwa precelki.. i gotowe ;)




  • awatar Kreatywna wśród lalek i skarbów z lamusa: @sinestro: Dzięki :) Te lalki mają twarze poniekąd nawiązujące rysami do swoich lalkowych 'prababek', stad taki pomysł na stylizację :)
  • awatar sinestro: Świetnie Ci to wyszło, teraz wyglądają jak kuzynki lalek od Armanda M. :) Niesamowicie wyczuta metamorfoza, serio.
  • awatar Kreatywna wśród lalek i skarbów z lamusa: @Porcelanowy świat Urszuli: Dzięki Ula :* Czasem warto poeksperymentować z kolorami.. ja już niejedną lalkę przebierałam z ubranka, w którym teoretycznie miała wyglądać ładnie, a jednak coś nie do końca mi pasowało.. ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (13) ›
 

 
Każdy z nas, jeśli dobrze poszuka, czy to na strychu, czy na dnie szuflady znajdzie przechowywane od pokoleń stare fotografie.. Mnie udało się wyszperać cały album wypełniony zdjęciami przodków sięgającymi pokolenia moich pra-pradziadków..Rodzice dostali go przed laty w prezencie od wuja i odkąd pamiętam był tylko przekładany z miejsca na miejsce... Dlaczego?.. Na to pytanie nasuwa się tylko jedna odpowiedź; ze względu na jego opłakany stan...Rzec można, że nie ma niczego dziwnego w tym iż licząca ponad 100 lat rzecz z biegiem lat zdążyła się zniszczyć.. jednak od pokoleń nikt nie wpadł na pomysł żeby ją naprawić...


W czasach swej świetności album z pewnością był piękny.. skórzana oprawa, drewniane strony, mosiężne zdobienia... Niestety czas do pary z licznym gronem ciekawskich 'oglądaczy', przez których ręce na przeciągu wieku zdążył się przewinąć zrobiły swoje..



Ktoś urwał okładkę, porozdzierał strony.. karty pożółkły i 'przesiąknęły' kurzem...
Długo zastanawiałam się nad tym jak zabrać się za jego renowację.. prawdę powiedziawszy to było nie lada wyzwanie.. bo co innego skleić współczesną książkę, a co innego 'reanimować' zabytkową rzecz.. Przed podjęciem jakichkolwiek prób naprawczych musiałam się najpierw w tej dziedzinie nieco wyedukować, by uniknąć ewentualnych błędów i pomyłek, których usuwanie mogłoby w przyszłości okazać się dużo trudniejsze niż sama naprawa... Kiedy już 'skompletowałam' niezbędną wiedzę i wszelkie potrzebne materiały wzięłam głęboki oddech i przystąpiłam do pracy...



Na moje szczęście ktoś przed laty powkładał pomiędzy karty kawałki papieru z opisami zdjęć... co znacznie ułatwiło mi ich posegregowanie.. choć prawdę mówiąc nie wszystkie zapiski udało mi się rozczytać ...

Sama naprawa była szalenie czaso i pracochłonna.. wymagała staranności i precyzji, a przede wszystkim użycia odpowiednich 'narzędzi' i przyborów, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie skleja 100 letnich rzeczy przy użyciu popularnej 'kropelki' i samoprzylepnej taśmy..

Niemniej.. wszelkie moje trudy znalazły w końcu szczęśliwy finał i album doczekał się 'nowego życia' i powrotu do łask.. obecnie zajmuje zaszczytne miejsce w gabinetowej części salonu :)









Oczywiście po dokładnym posegregowaniu i powkładaniu zdjęć do albumu okazało się, ze po pierwsze nie wszystkie są 'od kompletu', do tego nie ma żadnego sposobu na to żeby udało się je wszystkie w albumie zmieścić...


Co więc począć z tymi które zostały? spakować do pudełka i schować na kolejne lata do szuflady?... Teoretycznie to też jakieś wyjście, ale ja postanowiłam poszukać mniej banalnego rozwiązania...


W ruch poszły nożyczki, kartony, kawałki zamszu, taśma i klej...Tym sposobem kolejny weekend spędziłam nad zdjęciami.. Nad czym tak usilnie pracowałam?.. Ano nad czymś, co pasowałoby do klimatu fotografii z minionej epoki, umożliwiało ich wyeksponowanie, a przy okazji pozwoliło uniknąć zawieszania na ścianie kolejnych kilkunastu ramek... i voilà! .. oto efekt moich weekendowych zmagań ;)


Na koniec muszę dodać, że zarówno przy wszystkich pracach renowacyjno-twórczych, jak i przy samej segregacji zdjęć miałam bardzo 'kompetentnych' i 'profesjonalnych' pomocników ;)

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (20) ›
 

 
Historia tytułowego konika na biegunach zaczyna się w głębokim PRLu, kiedy to jako małe dziecię dołączyłam do grona szczęśliwych posiadaczy tejże zabawki.




Jak nietrudno się domyślić 'Kasztanek' niemal natychmiast wkupił się w łaski właścicielki i 'galopował' niestrudzenie po pokoju przez kolejne lata 'wożąc' na grzbiecie nie tylko ją samą, ale i całkiem pokaźne grono amatorów 'konnych przejażdżek' z moim młodszym bratem na czele :)
Mijały lata, mali 'dżokeje' dorośli, a wysłużony konik doczekał się niekoniecznie wymarzonej 'emerytury' w najciemniejszym rogu zakurzonego strychu nad garażem, gdzie przyszło mu 'mieszkać' przez kolejne 'ćwierć wieku'.. Aż pewnego kwietniowego poranka, w najmniej oczekiwanym momencie znów uśmiechnęło się do niego szczęście.. Ktoś wszedł z latarką na strych i wyciągnął go spod sterty rupieci... Dziewczynka z kucykami dawno dorosła, ale po latach oglądając stare zdjęcia przypomniała sobie o brązowym przyjacielu z dzieciństwa :)



Czas i warunki w jakich konik 'urzędował' przez ostatnie lata nie były dla niego zbyt łaskawe...Kiedy 'wybiegł galopem' z garażu.. ciężko w nim było rozpoznać 'Kasztanka' z białą grzywą, którym zachwycałam się jako dziewczynka...wyglądał raczej jak umorusana, wyleniała szkapa żyjąca w symbiozie z pająkami :).
Po oszacowaniu skali problemu zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy stawiając sobie za punkt honoru przywrócenie 'Kasztankowi' wyglądu przyzwoitego konika :).. Minęło wiele godzin spędzonych na szorowaniu, cerowaniu, łataniu i malowaniu, zanim mogłam przejść do zabiegów upiększających.. wszystkie uprzęże konika zostały solidnie wyczyszczone i pozszywane,a ich metalowe elementy, które zdążyły zardzewieć odmalowałam złotą farbą, drewniane bieguny, których żadną siłą nie potrafiłam doczyścić pomalowałam na brązowo, zbutwiałe resztki grzywy wraz ze sporym kawałkiem czubka głowy wycięłam, wszywając w to miejsce 'łatkę' z dobranego kolorystycznie pluszu, na koniec 'Kasztanek' dostał nową czarną grzywę i ogon, został osiodłany i pobiegł galopem do ogrodu przypomnieć sobie czasy swej świetności :)




Jednak nie jest żadną tajemnicą, że do pełni szczęścia brakowało mu małej dziewczynki, którą mógłby na swym grzbiecie wozić.. Jego właścicielka, mimo najszczerszych chęci i niezaprzeczalnej sympatii jaką konika darzy, dawno już wyrosła na tyle, żeby w siodle się nie zmieścić.. wiec trzeba było poszukać zastępstwa..

Mieszka u mnie od bardzo dawna pewna porcelanowa panienka, której los do pary z Pocztą Polską nie oszczędzał..Jej naprawa była jednym z największych wyzwań w całej mojej renowatorskiej 'karierze', ponieważ, najkrócej pisząc, zamiast lalki z paczki wyjęłam porcelanowe puzzle..



Po wielu trudach i znojach udało mi się przed laty poskładać na nowo potrzaskaną głowę Nadii.. panienka dostała ode mnie nawet nowe ubranko.. ale reperując ją wtedy zostałam przy fabrycznym, niezbyt szczęśliwie uszytym korpusie, który prawdę mówiąc pozostawiał wiele do życzenia i daleki był od proporcjonalnego ideału..



a ponieważ na punkcie korpusów i proporcji lalek mam lekkiego 'szmergla', przyszedł dzień w którym nie wytrzymałam i wróciłam do stojącej w kącie i nie ruszanej od czasów naprawy Nadii..

W tym miejscu muszę nadmienić, że o ile markowe lalki na ogół są wykonane dość starannie z lepszym lub gorszym zachowaniem proporcji.. tak ich bezimienne koleżanki już niekoniecznie.. i tu często ich posiadaczki popuszczają wodze ułańskiej fantazji starając się 'poprawiać' to co producent uszył źle... tak powstają rozmaite 'tworki i potworki' z rączkami wyposażonymi w podwójne łokcie, barczystymi, niczym atleta ramionami, przesadnie wydłużonym stanem, kompletnym zanikiem pośladków, tudzież ubite na sztywno 'tłuczki' z zakresem ruchów i poziomem powabu przeciętnej kłody... Na litość.. jeśli chce się poprawić zachwiane proporcje lalki.. warto najpierw zapoznać się z elementarnymi podstawami anatomii, albo chociaż spojrzeć na własne 'dzieło' nieco bardziej krytycznym okiem. Koniec dygresji ;)

Nadia dostała nowy, w pełni mobilny korpus, a ponieważ przy okazji nieco 'urosła', konieczna była wymiana części jej garderoby, której kolorystyka z kolei jest w pełni kompatybilna z umaszczeniem 'Kasztanka', dlatego też to właśnie jej przypadła rola nowej 'opiekunki' konika, która zasiada dumnie w siodle i 'galopuje' po pokoju w zastępstwie za jego właścicielkę ;)

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (19) ›
 

 
Po długim 'urlopie' od blogowania postanowiłam wrócić na łono pingera ;). Nie jest to ani mój blogerski debiut, ani tym bardziej kontynuacja poprzedniego bloga, którego prowadziłam przez niemal 3 lata z drobnymi przerwami. Najkrócej mówiąc, a właściwie pisząc, zaczynam raz jeszcze od nowa.. po swojemu.. nie obiecując ani regularnych wpisów, ani tym bardziej monotematycznego prezentowania kolejnych nabytków. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do odwiedzania mojego nowego 'kawałka internetu' a niezainteresowanych proszę o nie pozostawianie niczego nie wnoszących komentarzy. Pozdrawiam :)